Zloty medal drużyny florecistów IO Monachium 1972

2 września 1972 roku w w Monachium, polscy floreciści zdobyli jedyny w historii polskiej szermierki złoty medal olimpijski w drużynie.

Polacy walczyli w składzie: Witold Woyda, Lech Koziejowski, Marek Dąbrowski, Jerzy Kaczmarek i Arkadiusz Godel.

Dla Witolda Woydy był to drugi złoty medal zdobyty na jednych igrzyskach.

W finale Polacy pokonali zespół ZSRR, mimo, iż początek należał dla zawodników radzieckich, którzy prowadzili już 3:0.

Wtedy na planszy pojawił się indywidualny mistrz olimpijski Witold Woyda:

„Rosjanie prowadzą już 3:0. Wychodzę na planszę i zdaję sobie sprawę w pełni, że wszystko zależy teraz ode mnie. Przegram – popłyniemy, nie nadrobimy już straty. Jestem piekielnie zmęczony. Bolą mięśnie, stopy. Czuję jeszcze przedwczorajszy finał. Jest zresztą taka szermiercza reguła, że mistrz indywidualnego turnieju czuje się słabo w drużynowym. A ja chcę wygrać po raz drugi i muszę poderwać chłopaków, którzy jakby już się zadowolili srebrem. A więc przemóc zmęczenie. Trafiam na Anatolija Koteszewa. Męczę się z nim do stanu 3:3. Teraz dwie moje akcje. Jest pierwszy punkt dla drużyny”.

Po wygraniu walki przez Witolda Woydę, w Polaków trafia jakby nowy duch. Przy stanie 4:3 dla Rosji Jerzy Kaczmarek pokonuje Koteszewa i jest remis 4:4. Potem trzy z rzędu wygrane Polaków i stan 7:4 dla Polski. Złoty medal coraz bliżej. Niedługo potem Witold Woyda wygrywając czwartą walkę w finale wyprowadza Polskę na 8:5, pokonując mistrza świata z 1971 roku Stankowicza. Brakuje już tylko jednego zwycięstwa.

Na planszy świetnie walczący w finale Lech Koziejowski, który przegrał tylko raz i Koteszew, który nie wygrał ani razu. Początek dla zawodnika ZSRR, który prowadzi 2:0.

„Koteszew prowadzi 2:0, ale zaraz potem wychodzi mi pchnięcie ze skrętu. Powtarzam je aż do skutku, prowadzę już 4:2. Jeszcze tylko jedno trafienie. Pierwszy „meczbol”. Jest! Jest! Jest! Wygraliśmy”.

Obecny na hali zwany „muszkieterem wieku” Christian D’Oriola skomentował:

„W chwili, kiedy Polacy doprowadzili do stanu 4:4 byłem już pewny, że wygrają. Tę chwilę uważam za najważniejszy, psychologiczny moment meczu.

Wspaniały był Woyda. Turniej indywidualny wygrał dzięki swoim niespożytym siłom, sprawności i żywiołowości. W turnieju drużynowym rzucił na szalę całą swoją wiedzę szermierczą. O ile pierwszy medal zdobył „nogami”, o tyle drugi „głową”. Potrafił poderwać zespół, scalić wokół siebie drużynę. Jest ona doskonała”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *